Dziś Paryż, jutro Londyn a pojutrze kawa u przyjaciółki w Zakopanem

Firma spod Jeleniej Góry skonstruowała statek powietrzny

5d729efd194d3bc4beb45dfaa0fb2c27

W Montrealu, w siedzibie Organizacji Międzynarodowego Lotnictwa Cywilnego stoi mały samolot odrzutowy. To Flaris Lar 1 – dzieło firmy Metal-Master. To jedyny samolot na świecie, który może wystartować z trawnika posesji i bez międzylądowania dolecieć w dowolne miejsce w Europie. Flaris Lar 1 jest na tyle nowatorski, że zapoczątkował nową kategorię statków powietrznych.

Zatrudniająca 90 osób firma spod Jeleniej Góry skonstruowała statek powietrzny, który zmieści się w większym garażu. Skrzydła demontuje się w pięć minut, więc głównym problemem pozostaje długość – nieco ponad 8 m. Po odpięciu ogona, co zajmuje tylko 20 minut, można go przewozić na przyczepie.

Flaris Lar 1, bo tak nazywa się maszyna, stanowi połączenie odrzutowca z szybowcem. Jest na tyle specyficzny, że nie można przyporządkować go do żadnej z istniejących kategorii. Tworzy nowy typ samolotów – ULJ, czyli ultralekkie odrzutowce. To pierwszy opracowany w Polsce cywilny samolot odrzutowy.

Zdaniem twórców stanowi idealną propozycję dla bogatych osób, które mają dość zakorkowanych autostrad i zatłoczonych lotnisk. Bez międzylądowania można nim dotrzeć praktycznie w dowolne miejsce w Europie, a nawet – przy mniejszym załadunku – do Afryki Północnej i na Kaukaz.

– Pomysł prywatnego samolotu odrzutowego zrodził się podczas podróży, w korku na niemieckiej autostradzie – mówi Sylwia Ładzińska, pomysłodawczyni maszyny i współwłaścicielka firmy. – Rzeczywistość wymaga od nas mobilności. Trzeba dotrzeć szybko na spotkanie z klientem, kontrahentem czy partnerem biznesowym. Dziś wszyscy jesteśmy mobilni wirtualnie, korzystając ze smartfonów i przenośnych komputerów, ale ciałem nie nadążamy za wirtualnym światem. Uważam, że Flaris spopularyzuje transport osobisty – dodaje.

Przyszły hit eksportowy

Skąd ten optymizm? Samolot jest szybki, lekki, a do tego bezpieczny i łatwy w pilotażu. Do jego prowadzenia wystarczy licencja amatorska. By się rozpędzić, nie potrzebuje nawierzchni betonowej, wystarczy mu 250 metrów trawy.

– Można nim startować prawie spod domu i lądować na niewielkich lotniskach, jak najbliżej celu podróży – tłumaczy Ładzińska.

W założeniach maszyna ma być idealnym środkiem transportu dla tych, którzy cenią sobie komfortowe i szybkie podróżowanie, a nie chcą tracić czasu na dojazdy, odprawy i korki. Poza pilotem pomieści się w nim czterech pasażerów.

– To mały odrzutowiec dyspozycyjny, biznesowo-rodzinny. Tworzyliśmy go z myślą o biznesmenach, lekarzach, inżynierach, menadżerach, którzy ze względu na swoją pracę mają zwiększoną potrzebę mobilności – opowiada właścicielka firmy.

Jego orientacyjna cena wynosi 1,5 mln dol. Producenci już mają pierwsze zlecenia od klientów z Polski i zagranicy. Zapytań jest jeszcze więcej. Chętni muszą jednak uzbroić się w cierpliwość. Flaris Lar 1 w seryjnej sprzedaży ma być dostępny za dwa-trzy lata. Obecnie trwają obloty, które są konieczne do uzyskania certyfikatów.

Z analiz przeprowadzonych przez Metal-Master wynika, że na przestrzeni dwóch najbliższych dekad na takie urządzenie będzie zapotrzebowanie w liczbie kilkudziesięciu tysięcy egzemplarzy. – Flaris może stać się polskim hitem eksportowym, a ze względu na swoje cechy użytkowe zrewolucjonizować rynek małych samolotów odrzutowych – mówi Ładzińska.

Na co dzień Metal-Master projektuje i produkuje linie montażowe, urządzenia, maszyny, podzespoły. Jego głównymi odbiorcami są firmy motoryzacyjne i budowlane, w zdecydowanej większości zagraniczne. Jeleniogórskie przedsiębiorstwo ma kontrahentów nawet z Ameryki Łacińskiej i Afryki.

Mając zaplecze konstrukcyjno-technologiczne, firmie łatwiej było podjąć się nowego biznesu. Ambitny projekt wymagał zaangażowania nowych fachowców. Głównym konstruktorem został mgr inż. Andrzej Frydrychewicz – legenda polskiego lotnictwa, twórca takich maszyn jak m.in. Wilga, Kruk i Orlik. Aerodynamikę opracował ceniony w świecie dr inż. Krzysztof Kubryński – laureat nagrody PAN za cykl prac poświęconych projektowaniu i optymalizacji układu statków powietrznych.

W program zaangażowano naukowców z czołowych ośrodków: Wojskowej Akademii Technicznej, Instytutu Lotnictwa w Warszawie, Instytutu Technicznego Wojsk Lotniczych, Politechniki Warszawskiej i Politechniki Wrocławskiej. Skorzystano też z pomocy klastrów branżowych. Całość koordynował mąż właścicielki – Rafał Ładziński, który z wykształcenia jest inżynierem-konstruktorem.

Flaris na salonach

Owocem kilkuletniej pracy sporego zespołu specjalistów jest innowacyjna i zaprojektowana całkowicie od podstaw maszyna.

– W czym wyraża się innowacyjność tego samolotu? Praktycznie we wszystkim: konstrukcji, własnościach, technologii produkcji. Nie powieliliśmy istniejących rozwiązań – mówi pomysłodawczyni. Flaris Lar 1 zdobył już wiele branżowych wyróżnień, także za granicą. Jeleniogórski statek powietrzny do dziś jest eksponowany w siedzibie Organizacji Międzynarodowego Lotnictwa Cywilnego (ICAO) w Montrealu. O projekcie powstał film promocyjny, zrealizowany przez Komisję Europejską.

Zresztą Unia Europejska ma swój udział w powstaniu Flarisa. Zaprojektowanie i złożenie tak innowacyjnego samolotu sporo kosztuje. Szefostwo Metal-Master postanowiło więc sięgnąć po unijną dotację, zwłaszcza że firma miała już doświadczenie w tej kwestii. Z programu Innowacyjna Gospodarka udało się pozyskać niemal połowę z 48 mln zł, na jakie oszacowano projekt.

Wsparcie na innowacje

Program, z którego korzystała firma Metal-Master już się skończył. Ale jest jego następca – Inteligentny Rozwój. To około 10 mld euro, które przez następne lata będzie wspierało tworzenie innowacyjnej gospodarki. Jeden z czterech priorytetów w programie to wsparcie tak nowatorskich projektów jak Flaris Lar, czyli tych, gdzie firma prowadzi we współpracy z naukowcami własne badania i na ich podstawie tworzy nowy produkt czy technologię. Dla takich projektów przeznaczono blisko 4 mld euro.

Po wsparcie z tego priorytetu będą mogły sięgać zarówno duże firmy, jak i te małe i średnie, które prowadzą lub planują rozpocząć projekty badawczo-rozwojowe. Co ważne, prace trzeba będzie prowadzić we współpracy z inną jednostką, to może być uczelnia, organizacja pozarządowa czy inne przedsiębiorstwo. Fundusze Europejskie będą finansowały cały projekt – od etapu badań aż po prace rozwojowe i fazę testów.

Więcej informacji zdobędziesz na stronie www.funduszeeuropejskie.gov.pl oraz w Sieci Punktów Informacyjnych Funduszy Europejskich.

źródło:
http://funduszeue.wp.pl/

Whisky, Tango…Bravo

Alfabet fonetyczny ICAO zwany alfabetem fonetycznym  NATO został stworzony do pełnego zrozumienia komunikatów radiowych.
Pełne zrozumienie komunikatów radiowych jest podstawowym warunkiem bezpieczeństwa. Opłakane w skutkach były by błędnie odczytane informacje. Co historia lotnictwa nie raz nam pokazała.

Kiedyś musieliśmy powiedzieć A-Alfa. Nie zawsze jednak transmisja przebiegała bez zakłóceń. Należało więc rozwiązać problem wypowiadania cyfr i liter w meldunku w taki sposób, aby uniknąć nieporozumienia. Początki systemu opartego na przypisaniu konkretnych słów do każdej z liter datuje się na rok 1927, kiedy Międzynarodowa Agencja Komunikacyjna (ITU) po raz pierwszy upubliczniła swoje dokonania. W skład alfabetu wchodziło 26 wyrazów.
W ciągu kilku następnych lat, po wprowadzeniu kosmetycznych zmian został on zaakceptowany przez Międzynarodową Komisję Żeglugi Powietrznej. W takiej formie stosowany był w lotnictwie cywilnym aż do wybuchu II wojny światowej. W swoich wczesnych latach różnił się jednak znacznie od obecnego. Jego częściami składowymi w większości były nazwy znanych, dużych miast oraz państw:

Amsterdam, Baltimore, Casablanca, Denmark, Edison, Florida, Gallipoli, Havana, Italia, Jerusalem, Kilogramme, Liverpool, Madagascar, New York, Oslo, Paris, Quebec, Roma, Santiago, Tripoli, Upsala, Valencia, Washington, Xanthippe, Yokohama, Zurich.

Podczas wojny, lotnictwo wojskowe używało alternatywnej wersji rozpoczynającej się od: Able, Baker… Dalsze wyrażenia również różniły się od pierwowzoru. Wersja ta została przejęta po wojnie również przez lotnictwo cywilne, głównie z uwagi na to, iż większość personelu, na lotniskach i w samolotach, stanowili byli żołnierze jednostek powietrznych. Równocześnie jednak wznowiono prace nad usprawnieniem wybranych elementów, gdyż wciąż pojawiały się problemy ze zrozumieniem, szczególnie w regionach gdzie język angielski nie był powszechnie znany. W Ameryce południowej używano rozwinięć: Ana, Brazil.

Należało więc zestandaryzować wymowę do tego stopnia aby można było posługiwać się nią na całym świecie. W 1947 Międzynarodowe Zrzeszenie Przewoźników Powietrznych (IATA) wraz z Międzynarodową Organizacją Lotnictwa Cywilnego (ICAO) po kilkuletnich pracach, przedstawiły alfabet, który zawierał w sobie głoski powszechnie znane w językach angielskim, francuskim i hiszpańskim. W takim kształcie wszedł on oficjalnie do użytku 1 listopada 1951 roku:

Alfa, Bravo, Coca, Delta, Echo, Foxtrot, Golf, Hotel, India, Juliett, Kilo, Lima, Metro, Nectar, Oscar, Papa, Quebec, Romeo, Sierra, Tango, Union, Victor, Whisky, Extra, Yankee, Zulu.

Bardzo szybko wyszło na jaw, że i ta wersja nie jest idealna. Aby zweryfikować niedoskonałości przeprowadzono serię testów przy udziale rozmówców z 31 krajów. Za najbardziej kontrowersyjne uznano wyrazy Delta, Nectar, Victor i Extra. W ostateczności zmieniono jednak pięć słów reprezentowanych przez następujące litery: C, M, N, U, X. Tak przygotowany alfabet wprowadzono dnia 1 marca 1956 roku. Objął on lotnictwo cywilne oraz wojskowe.

Wykorzystywany jest do dziś i przedstawia się następująco:

Alpha, Bravo, Charlie, Delta, Echo, Foxtrot, Golf, Hotel, India, Juliett, Kilo, Lima, Mike, November, Oscar, Papa, Quebec, Romeo, Sierra, Tango, Uniform, Victor, Whiskey, X-ray, Yankee, Zulu.

Pomimo tych starań wciąż występują pewne różnice. W Stanach Zjednoczonych słowo Delta zastępowane jest przez Dixie lub David aby nie dopuścić do pomyłki z sygnałem wywoławczym linii lotniczych Delta. Na niektórych lotniskach amerykańskich i europejskich wyrażenie Foxtrot skracane jest do Fox.

Dla Was, gdziekolwiek jesteście

Z okazji zbliżających się świąt Bożego Narodzenia oraz Nowego Roku chcielibyśmy złożyć życzenia dla wszystkich Naszych Pasażerów, Klientów, Czytelników, Osób odprowadzających oraz odwożących swoich bliskich i znajomych.

Gdziekolwiek jesteście :

 

Pracownicy Portu Lotniczego Szczecin – Goleniów

 

SET JETTING, CZYLI PODRÓŻ ŚLADAMI ULUBIONYCH FILMÓW…

Ile razy marzyły Ci się odwiedziny w miejscu, które widziałeś już wcześniej setki razy w swoim ulubionym filmie? Nie wspominając już o autentycznych lokacjach, jak np. chętnie wykorzystywanej przez filmowców Pradze, to dla wielu osób najważniejsze pozostaje pytanie – czy Hogwarth, Śródziemie, pustynna planeta Tatooine istnieją gdzieś naprawdę czy są naprawdę tylko sprytnym oszustwem hollywoodzkich speców od zaklinania rzeczywistości? Otóż tak! One istnieją naprawdę, choć niekoniecznie w takiej formie, jakiej zaistniały wcześniej na srebrnym ekranie.

Tak zwana turystyka filmowa, określana także, jako set jetting, to aktualnie jedna z najprężniej rozwijających się gałęzi turystycznych, generująca każdego roku ogromne zyski. Zależność pomiędzy rynkiem filmowym a branża turystyczną jest już na tyle głęboka, że wiele miejscowości mówiąc kolokwialnie „bije się” o możliwość goszczenia w swoich progach członków ekipy filmowej. Liczne przykłady terenów, którym udało się wypromować przez samą obecność w sekwencjach wykorzystywanych w wysokobudżetowych produkcjach, oddziałują na wyobraźnię wszelkiej maści burmistrzów, lokalnych właścicieli ziemskich czy nawet prezydentów całych państw. Samo nakręcająca się spirala zysków jest z całą pewnością korzystna i dla filmu jak i potencjału turystycznego praktycznie każdego miejsca na ziemi. Bo czy ktokolwiek stający przed wyborem pomiędzy hotelem, w którym kręcono „Dirty Dancing”, a zwykłym eleganckim hotelem mieszczącym się w pobliżu, chciałby rzeczywiście odpocząć w tym drugim? Nie wydaje nam się…


Najlepsze przykłady miejsc, które zyskały turystyczną sławę można wymienić niemal z pamięci. Nowa Zelandia stała się miejscem licznie odwiedzanym przez fanów Trylogii Petera Jacksona, w Anglii odbywają się wycieczki śladem filmowych przygód Harry’ego Pottera, a Tunezja od kilkudziesięciu lat notuje kolejne wizyty ludzi zakochanych w sadze „Star Wars”. Z nowszych przykładów warto nadmienić małą grecką wyspę Skopelos, praktycznie w niezmienionej formie występującej w kasowym przeboju „Mamma mia” czy równie niewielkie amerykańskie miasteczko Forks w stanie Waszyngton, rozsławione dzięki obecności w kinach ekranizacji książki Stephenie Mayer pod tytułem „Zmierzch”. Wprawdzie wiele scenerii powstało w potężnych filmowych studiach, ale duża ich część wciąż jest dostępna, dla spragnionych nowych wrażeń, turystów.


Polska też pomalutku zaczyna otwierać się na tą gałąź nowoczesnej turystyki, choć póki, co największe zainteresowanie wzbudzają miejsca znane z popularnych telewizyjnych seriali. Dla przykładu – emisja „Rancza” spowodowała, że maleńka wieś Jeruzal stała się znana w całym kraju i coraz częściej okoliczni mieszkańcy określają ją prostu, jako Wilkowije. Sandomierz zaś, od czasu premiery „Ojca Mateusza”, cierpi z powodu niemal nieustannego braku miejsca w miejscowych hotelach, stając się nieoczekiwanie stolicą polskiej turystyki filmowej. Podobnie zresztą stało się z włoskim serialem „Don Matteo”, na którego formacie powstał „Ojciec Mateusz”. Zresztą Włochy to jeden z tuzów tej branży, bo w słonecznej Italii na taką formę turystycznej rekreacji decyduje się corocznie prawie 10 milionów turystów.

Na samym tylko podawaniu kolejnych przykładów, można by spędzić cały dzień. Faktem pozostaje jednak nieustanne dążenie naszej cywilizacji do odkrywania coraz to nowych miejsc na turystycznej mapie świata, czego szczególnym motorem napędowym są powstające rok do roku olbrzymie ilości, mniej lub bardziej znanych, produkcji filmowych. Nawet w czasach, gdy prawie wszystko można zastąpić komputerową animacją bądź scenerią, nie zanosi się wcale na odwrócenie tej, korzystnej dla wszystkich, tendencji. Wygląda na to, że konfrontacja fikcji z rzeczywistością już na zawsze będzie bodźcem napędzającym ludzkie pragnienie podróżowania po świecie. I my również do tego zachęcamy!

A Wy jakie miejsca na filmowej mapie podróżnika mieliście okazje zobaczyć? Czekamy na Wasze fotorelacje!  :)