Bagaż bez opieki? Będzie „pincet”

IMG_0199

Podczas podróżowania zwykle staramy się mieć bagaż na oku. Może się jednak zdarzyć, że w wyniku roztargnienia zostawimy walizkę bez opieki na kilka minut. Należy mieć świadomość, że ta chwila nieuwagi może nas kosztować nawet kilkaset złotych!

Na lotniskach od lat panują procedury – bezpieczeństwo ponad wszystko. Dlatego porzucony bagaż jest zawsze traktowany z najwyższą atencją przez Służba Ochrony Lotniska.

Bagaże pozostawiane na lotnisku bez opieki są częstym przypadkiem wśród podróżnych, sprawiają one jednak zwykle sporo kłopotów. Najważniejsze jest bezpieczeństwo osób przebywających na terenie lotnisk, dlatego ważne jest mieć na uwadze gdzie pozostawiamy swoje walizki.

W sytuacjach niejasnych, pozostawionymi bagażami zajmują się pirotechnicy i zwłaszcza wtedy grożą kary za pozostawienie bagażu. Reguluje to art. 210 ust. 1 pkt. 7  ustawy „Prawo lotnicze”, który upoważnia zarządcę lotniska do karania grzywną za złamanie regulaminu portu lotniczego, odnośnie pozostawiania bagażu bez opieki.

W przypadku zauważenia opuszczonego bagażu służby bezpieczeństwa muszą rozpocząć długą procedurę, wymagającą wprowadzenia stanu alarmowego i wyznaczenia strefy bezpieczeństwa.  Rozpoczyna się ewakuacja części terminala. Wzywana jest ekipa pirotechniczna i do bagażu podjeżdża robot, który wywozi go w bezpieczne miejsce. Gdy walizka jest już w bezpiecznym miejscu, do akcji przystępują wyszkolone psy, a następnie pirotechnicy, w ostateczności, podejrzana walizka jest detonowana.

Dobrze, o ile rozpoznanie pirotechniczne da wynik negatywny – wówczas możemy liczyć się jedynie z mandatem. Niestety również linie lotnicze, które przez to mają opóźnienia w lotach, mogą pozwać turystę o odszkodowanie.

Nie wszyscy zdają sobie sprawę, że pozostawiony bagaż może być okazją dla tych, którzy bez osobistego udziału chcą przetransportować coś, na co przepisy prawa nie zezwalają. I tak, przez chwilę nieuwagi, można stać się właścicielem broni, amunicji czy też na przykład narkotyków

Krótki poradnik podróżnika: jak pokazać klasę i wyróżnić się z tłumu?

Być może wynika to z jakichś kompleksów, ale na urlopie trzeba wszystkim pokazywać, jacy to z nas światowcy. Na szczęście często dysponuje się publicznością. Jak zatem spędza się urlop w towarzystwie polskich turystów i jak się zachować, aby wpisać się w ogólny trend? Oto kilka cennych rad.

Przez kilka ładnych lat pracy w turystyce nauczyłam się już, że Polak nie jest najlepszym towarem eksportowym. Nie będę owijać w bawełnę – duża grupa polskich podróżników raczej nie przynosi nam chluby. Składa się na to szereg różnych zachowań, które są naprawdę średnio akceptowalne. W pracy zmuszona byłam znosić te niedogodności z podniesionym czołem, rozwiązywać problemy i tak sterować grupą, aby nie czyniła ona większych szkód lub nie przysparzała zbyt wielu kłopotów. Jednak po ostatnim weekendzie i sprowokowanych przez moje obserwacje rozmowach ze znajomymi mam już pewność, że następne podróże będę planowała trochę rozważniej i na pewno będą one dalsze niż przypuszczałam. Bo nie po to leci się na cztery dni na urlop, żeby zgrzytać zębami.

Od razu też zastrzegam – może ja mam po prostu takiego pecha, może przesadzam, może innym to nie przeszkadza, a może tego nie widzą – nie wiem. Może po prostu jestem wredna i lubię się czepiać. Nawet jeżeli, to tak samo zwracam uwagę na irytujące zachowania turystów innych narodowości. I naprawdę uparcie będę twierdzić, że zdarzają się one o wiele rzadziej.

„This is airpoooooooooort!”

LOTNISKO

Najważniejszym jest, aby się nie spóźnić. W związku z tym należy dojechać jakieś trzy godziny przed odlotem i gorączkowo co 10 minut dopytywać się każdego napotkanego pracownika, czy nasza odprawa już się zaczęła. Gdy uda się zlokalizować stanowisko – należy przed nim stanąć, po minucie zmęczyć się staniem i usiąść na podłodze, dla kolorytu można wyjąć kanapkę z kiełbasą. Jeżeli sytuacja na to pozwoli, podczas odprawy bagażu nawrzeszczeć na panią z linii lotniczej za to, że osobiście nie wytłumaczyła wam, że należy dokonać odprawy elektronicznej. Dla dodania atrakcyjności można machać rachunkiem za bilet, który wydrukowaliśmy jako alternatywę dla karty pokładowej. W wersji „lot do Polski” dodajmy koniecznie element oburzenia, że obsługa nie mówi po polsku. Wrzeszczmy zatem głośniej – wiadomo, że działa to jak osobisty tłumacz.

Jeżeli nie chcemy narażać się na stres i czytamy regulaminy – mamy ważną kartę pokładową. Skoro dopięliśmy swego, nie koncentrujmy się nadmiernie na przepisach dotyczących bagażu. Dużo fajniej jest kłócić się przez kwadrans o dopuszczalną wagę bagażu nadawanego („Jak my byli na Bali, to można było mieć 30 kilo!”), można też oskarżyć lotnisko o posiadanie niesprawnych wag. Gdy już wszyscy w kolejce mają nas serdecznie dosyć, a poinformowany dyskretnie przez obsługę strażnik graniczny nawilża dla nas gumową rękawiczkę, zapłaćmy za nadbagaż i oddalmy się krokiem godnym, przy okazji oceniając głośno prowadzenie się matki pani za kontuarem. W końcu czeka nas odprawa bezpieczeństwa, a tak naprawdę fun jest dopiero tam.

Do bagażu podręcznego wkładamy co najmniej trzy rzeczy niedozwolone. Może być piesek.

Ponieważ kolejka do odprawy bezpieczeństwa jest długa, a od strażnika z rękawiczką dzieli nas cały system taśm ograniczających, czas przejść na tryb VIP. VIP w kolejce nie stoi, poza tym skończyły się już kanapki. Odczepmy zatem parę taśm lub zabawmy się w airport limbo i przemknijmy pod nimi, machając do nieistniejącego kumpla w kolejce. Dla przyjemności lepszego zbratania się z plebsem udawajmy niepiśmiennych i zlekceważmy dobre rady wypisane (i narysowane) na tablicach. Później przez 10 minut protestujmy przeciwko zdjęciu butów, wyjęciu czegokolwiek z bagażu oraz poinformujmy koniecznie, że nie ma opcji pozbycia się butelki z wodą, bo kosztowała nas pięć złotych i czujemy się z nią emocjonalnie związani. W wersji „lot do kraju” używajmy wysublimowanych określeń „faszyści”, „naziści”, „specnaz”, „hitlerowcy”, oskarżajmy koniecznie o niechęć do Polaków (hmmmmmm).

Gdy już otrząśniemy się po przygodzie z rękawiczką, udajmy się szybkim krokiem do sklepu lotniskowego, gdzie dla spokoju ducha i ukojenia nerwów należy kupić butelkę wódki. Ponieważ jest spora szansa, że wykreuje ona nadbagaż – wypijmy ją przed lotem. Doda to nam animuszu do ustawienia się na uprzywilejowanej pozycji w kolejce do lotniskowej bramki. Używać należy łokci i wulgarnego słownictwa oraz mówić, że ma się „klasem biznesowom”. Dodatkowe punkty w tej grze zarabiamy za stratowanie matki z dzieckiem. Dla uzyskania większej prywatnej przestrzeni można dyszeć, sapać i chuchać alkoholowym oddechem w twarz naszym rywalom.

Jeżeli nie dopiło się wódeczki czy winka, nie należy chować butelki do torby podręcznej! Wiadomo – nadbagaż. Butelkę (lub trzy – rekordzista) należy wsadzić sobie w majtki. Co sprytniejsi potrafią upchnąć tam też kanapki. Po przejściu do autobusu koniecznie trzeba ustawić się w samych drzwiach, blokując dostęp innym. Jeżeli współpasażerowie bez szacunku zepchną nas do wnętrza, wychodząc uczyńmy taran z walizki i wypchnijmy wszystkich tych, którzy stoją nam na drodze. Tu znowu bonus za dobre wystrzelenie trzylatka na odległość. Jeżeli ktoś wypycha nas – dajmy w pysk. VIP nie daje się bezkarnie obrażać. W wersji dla nieśmiałych – można niechcący kopnąć w łydkę lub stanąć na stopie.

Po wyjściu z autobusu na płytę lotniska, ruszmy jak w Wielkiej Pardubickiej. Kto ostatni na schodach – przegrywa.

Czasem można okazać łaskę…

SAMOLOT

Koniecznie, powtarzam KONIECZNIE, zajmujemy miejsce z przodu samolotu. Dzięki temu możemy na co najmniej 5 minut zablokować kolejkę pasażerów próbując wybrać prestiżowe miejsce dla swojego bagażu podręcznego. Ewentualnie galopem ruszmy do (dodatkowo płatnych) miejsc z większą przestrzenią na nogi. Wrzeszczmy na stewardesę tak długo, aż pozwoli nam tam usiąść.

W ramach rozrywek samolotowych najmodniejsza jest gra w „czy widziałeś te zdjęcia ze Smoleńska?”. Druga to picie na czas – wiadomo, latanie to stres, trzeba go skutecznie utopić. Logicznym jest, że nie wydajemy kasy na bzdury – pijmy zatem wyłącznie alkohol prosto z majtek.

Ostentacyjnie włączamy WSZYSTKIE urządzenia elektroniczne.

Do toalety wstajemy wyłącznie wtedy, gdy obsługa jedzie przez korytarz wózkiem. W wersji hardcore – nie wstajemy w ogóle. Siedzenia są ze skaju.

Gdy tylko samolot dotknie kołami ziemi, rozepnijmy pasy, wstańmy i ruszmy na poszukiwanie bagażu. Zadzwońmy do mamy, taty, wujka Henia i cioci Halinki informując, że „się nie rozjebaliśmy”. Mówimy to głośno, zagłusza nas przecież silnik samolotu. Wychodząc nie zapomnijmy (wersja męska) klepnąć w tyłek stewardesy.

Gdy szczęśliwie dotrzemy do taśmy bagażowej, postawmy całą rodzinę w równym rządku, blokując dostęp innym. Jeżeli przewidująco wzięliśmy czarną walizkę, podnosimy każdą w tym kolorze, a po stwierdzeniu, że to nie nasza – koniecznie mocno rzućmy nią o podłogę lub zrzućmy na drugą stronę taśmy.

HOTEL

W recepcji hotelowej stosujemy patriotyczną zasadę mówienia wyłącznie po polsku. Zgodnie z podaną wcześniej regułą – im głośniej mówimy, tym lepiej recepcjonista nas zrozumie. Upierajmy się, że PLN jest walutą międzynarodową. Odmówmy pozostawienia dokumentów w recepcji – zawsze jest szansa, że nam je ukradną na mieście i można będzie się zabawić z policją i ambasadą. Szczytem wyrafinowania jest oskarżenie recepcjonisty (zwracamy się wyłącznie per „ty czarny ch***”) o zamiar wyłudzenia kredytu.

To ty ustalasz zasady!

Na śniadanie wydawane od 7.00 przychodzimy dziesięć minut za wcześnie. O 6.59 dla lepszego efektu walimy pięścią w drzwi hotelowej restauracji. Trzeba rozgrzać mięśnie – już za chwilę będziemy przecież budować piramidę na talerzu. Nakładamy sobie trzy razy tyle, ile jesteśmy w stanie zjeść. Jeżeli po posiłku chcemy zachować się naprawdę ekstra, nietknięte produkty z talerza przerzucamy z powrotem na oryginalne tace. W serwetkę stołową należy też głośno wytrzeć nos.

Jeżeli w restauracji są dzieci, pamiętajmy – to nasze muszą być najgłośniejsze. Promujmy dobre polskie wychowanie – zróbmy współbiesiadnikom skrócony kurs karmienia dzieci na siłę. Kończymy w momencie, gdy decybele wydobywające się z dzieci osiągają poziom tych z silnika odrzutowca.

MIASTO – ROZRYWKI I ZWIEDZANIE

Absolutnie nie kupujmy biletu na komunikację miejską. Tolerancyjne południowe narody słyną z luzackiego podejścia. Informujmy o tym fakcie wszystkich napotkanych polskich turystów (w ramach dawania dobrych rad – trochę altruizmu na wakacjach nie zaszkodzi), stosowną formą wyjawienia tej prawdy jest „Powiem panu jak ich najlepiej wyr***”. Jeżeli korzystamy z metra, nie kupujemy biletów dla dzieci. Dzieci świetnie przepycha się pod bramką.

W miejscach z płatnym wstępem czatujemy na moment, gdy przy obsłudze zrobi się gęściej. Wtedy cichaczem wślizgujemy się do wnętrza. Ponieważ w przypadku obecności bramek ten system nie działa, płaczliwie tłumaczymy, że zgubiliśmy bilet. Może się udać.

Za co niby tu płacić? Same ruiny!

Zawsze zatajajmy prawdziwy wiek dzieci.Jeżeli posiadamy nietypowy dokument – na przykład legitymację klubu miłośników kiełbasy czosnkowej – machajmy nim wszędzie, domagając się zniżek. NADAL MÓWIMY TYLKO PO POLSKU.

Planując zwiedzanie obiektów sakralnych, koniecznie złóżmy najkrótszą spódnicę/szorty i najbardziej wyciętą koszulkę. W końcu jest gorąco. Panie, dla lepszego efektu, mogą oblać się wodą. Panowie nawet w mieście muszą walczyć o opaleniznę – walkę ułatwia chodzenie bez koszulki.

W wyrażaniu zachwytu koniecznie się wyróżniajmy. Wśród Anglików wzdychających „Oh, it’s fabulous!”, czy Francuzów szemrzących „C’est magnifique…”, nasze polskie „Ku*** ale to zajebiste” lub klasyczne „Mają rozmach sk****y”, ucieszy ucho każdego pobliskiego Polaka.

Porządny turysta NIE REAGUJE na zakaz fotografowania lub obowiązek uiszczenia opłaty za robienie zdjęć. Nigdy. Jeżeli towarzyszą nam inni Polacy, koniecznie należy głośno stwierdzić, że „chyba kogoś poj***”.

W knajpkach i restauracjach zaznaczamy od razu swoją pozycję. Najskuteczniejsze metody to pstrykanie na kelnera lub głośne wołanie „Boy, boy!”. Wdrażamy jeszcze zanim tyłek dotknie krzesła. Głośno narzekajmy na ceny, przy jednoczesnym zaznaczaniu, że nie musimy oszczędzać. Wszystkie ceny porównujemy do tych w McDonald’s. Przenigdy nie zostawiamy napiwku. Jeżeli jest wliczony, koniecznie poświęćmy pięć minut na narzekanie na zdzierstwo i złodziejstwo.

Dzieci ma być widać. I słychać.

Na każdą prośbę o obniżenie głośności/ograniczenie wulgaryzmów/wstaw cokolwiek, reagować krótkim i treściwym „Sp***j”. Nawet w kościele. Bóg wybacza, VIP nie.

Przy każdej okazji należy stosować nieśmiertelne”Czy zdaje sobie pani/pan sprawę z tego, kim ja jestem?”. Nawet jeżeli już wszyscy wiedzą, że burakiem eksportowym.

Coś pominęłam?

autor: Agata Połajewska

źródło: http://foch.pl/foch/1,132037,14505116,Krotki_poradnik_podroznika__jak_pokazac_klase_i_wyroznic.html

Z Mamą w podróży

Siedzę schowana za biurkiem kradnąc odrobinę czasu za który mi płacą. Taka własna, stworzona cisza przed burzą. Zaraz zaczną się zjeżdżać pasażerowie na kolejne rejsy. Będzie gwar, pytania, problemy do rozwiązania, biegi po terminalu. Ale co to jest w porównaniu do mamy, która podróżuje z dziećmi. Taki właśnie obraz ukazał mi się jako pierwszy dzisiejszego ranka. Mama – wielozadaniowa kobieta do misji specjalnych, gdyż podróż z najmłodszymi to naprawdę misja. A mamy to komandosi przygotowani jak MacGyver.

Lepiej zapytać mamy czego nie ma niż co ma. Torba wypchana po brzegi, w każdej przegródce miejsce zagospodarowane na potrzebne przybory: pieluchy, chusteczki, woda, kremy, butelki, apteczka,  itd. Nawet ukochana żaba lub niewymiarowa żyrafa zmieściła się do torby. Mama trzymając dziecko na rekach jest w stanie wyciągnąć dokumenty, zabawiać malucha i do tego często szybciej orientuje się w sytuacji niż wolnostojący podróżnik obok.

Niestety wielu współpodróżników złości się na zespół mama – dziecko z wielu względów. Dziecko przy każdej możliwości korzysta z poznawania świata: zaczepia ludzi, wymusza płaczem uwagę, bada posiłek pasażera obok, biega, skacze. Mama natomiast stara się ogarnąć i uspokoić malucha, licząc na przychylność pasażerów co do pierszeństwa wejścia lub odprawienia. Wielu nieświadomych uciążliwości sytuacji komentuje: dziecko to nie paszport na łatwiznę lub a ta co sobie myśli, niektórzy tylko spojrzą pogardliwie.

Jak być wyrozumiałym na to? Proszę do reklamówek włożyć produktów spożywczych na 2 tygodnie (jajka też), zapakować najdroższą wazę z domu, wziąć to wszystko do rąk i pójść do 5-ciu bankomatów po kasę.
Chyle czoła dla wszystkich kobiet podróżujących ze swoimi pociechami, dlatego ten artykuł chciałam poświęcić tylko Wam. W następnym postaram się napisać kilka rad jak ułatwić sobie podróż.

Overbooking, czyli opłacalny dyskomfort?

 

Jakkolwiek niedorzeczna i nielogiczna może wydawać się praktyka overbookingu, ofiarą przepełnionego samolotu lub hotelu możemy paść niezależnie od naszej woli.

Co to jest overbooking?

To termin zapożyczony z języka angielskiego i w bardzo dosłownym tłumaczeniu oznacza nadrezerwację. Jest to sytuacja, do której dochodzi w momencie gdy przewoźnik sprzedaje więcej biletów niż miejsc w samolocie.

– Sprzedaż nadprogramowej puli miejsc jest powszechnie stosowanym i coraz częściej spotykanym rozwiązaniem zwłaszcza w okresie wakacyjnym, świątecznym, w czasie ważnych imprez sportowych, podczas długich weekendów czyli w czasie wyjazdowych szczytów. Zasada jest prosta: im bardziej popularna trasa, tym większe prawdopodobieństwo wystąpienia nadrezerwacji – wyjaśnia Aleksandra Jakiel z internetowego biura podróży Tripsta.pl.

Overbooking stosują zarówno tanie linie lotnicze, jak i tradycyjni przewoźnicy, jednak nie wszyscy. Największy odsetek przypadków (traktują go jako najbardziej optymalne rozwiązanie) dotyczy głównie amerykańskich przewoźników. Okazuje się, że dla większości linii lotniczych wypłacenie odszkodowań dla pokrzywdzonych jest bardziej opłacalne niż poniesienie kosztów związanych z pustymi miejscami na pokładzie.

Jakie są wady i zalety overbookingu? Co przysługuje poszkodowanym?

Na pechowej podróży zarabiają ochotnicy rezygnujący ze swojego przelotu. Nie oznacza to, że całkiem odpuszczają rejs. Lot zostaje bowiem przebukowany na najbliższy możliwy termin; w najgorszym razie – przełożony na kolejne dni.

Ludzie polujący na tego typu okazje, o ile okazją można nazwać bycie wyrzuconym z listy pasażerów, uczynili z overbookingu sposób na życie. Ofiary praktyk overbookingu nie pozostają bowiem bez rekompensaty.

W zależności od rodzaju opóźnienia, odszkodowanie przybiera najróżniejsze formy. Przesadzenie pasażera na miejsce w innej klasie, zazwyczaj wyższej niż ta, w której docelowo miał lecieć, jest tylko jedną z metod zadośćuczynienia.

Prawo mówi, że pozostającemu na lotnisku pasażerowi może przysługiwać od 250, w najlepszym wypadku do nawet 600 EUR, o ile sytuacja zaszła na terenie Unii Europejskiej. Z reguły im dłuższe opóźnienie i czas oczekiwania na następny lot tym korzystniejsze odszkodowanie.

– Jeśli linie lotnicze same nie wyjdą z propozycją odszkodowania, zalecane jest przesłanie listu z reklamacją, ewentualnie osobiste domaganie się rekompensaty. Jeżeli reklamacja i nasze roszczenia o odszkodowanie zostaną rozpatrzone negatywnie, należy wówczas skonsultować się z radcą prawnym tudzież adwokatem, który może wezwać do zapłaty a następnie wystąpić z roszczeniem na drogę sądową – informuje Jakub Michalski prawnik z Kancelarii Adwokatów i Radców Prawnych Fortuna Szczepaniak i Partnerzy.

– Często zdarza się, że najbliższy lot może odbyć się dopiero następnego dnia, wypłacane jest wówczas nie tylko odszkodowanie pieniężne, ale poszkodowany otrzymuje talony na posiłki i noclegi w hotelu do czasu kolejnego rejsu. Pasażer nie ponosi także żadnych kosztów nowej podróży ani opłat związanych z przebukowaniem biletu – dodaje Aleksandra Jakiel.

Za wszelką cenę 

System „kto na ochotnika” działa sprawnie, dlatego bycie dosłownie „wyrzuconym” wbrew naszej woli, jest raczej rzadkością. A co, jeśli już trafiamy na rejs, w którym brak wolontariuszy na zmianę terminu swojego lotu?

Ciężko przewidzieć okoliczności, w których nie zostaniemy wpuszczeni na pokład wbrew naszej woli. Możemy jednak zmniejszyć prawdopodobieństwo, że to akurat my będziemy zmuszeni pozostać na lotnisku.

Aby uniknąć sytuacji, w której nasze miejsce przydzielone zostaje innej osobie, najlepiej odprawić się jeszcze przed wylotem w systemie on-line lub stawić się na odprawie jak najwcześniej. W razie braku chętnych wyrzucani z pokładu zostają ci odprawieni na samym końcu.

Nie warto także czekać na last call, a rezerwując bilet najlepiej zabukować konkretne, przydzielone miejsce. Jeśli naszym celem jest bycie „pozostawionym”, warto stać przy bramce w chwili jej otworzenia. Możemy wówczas wyrazić chęć przesunięcia swojej podróży na inny termin w razie gdyby okazało się, że samolot jest przepełniony.

Bywa, że liczba chętnych na bycie wyrzuconym przewyższa liczbę miejsc, które muszą być zwolnione. Wówczas organizatorzy lotu sięgają po pewnego rodzaju paradoksalne rozwiązanie. Rozpoczyna się licytacja zgodnie z  zasadą „kto da mniej”. Warto również przed lotem zapoznać się z treścią regulaminu wybranego przez nas przewoźnika, aby w razie potrzeby móc wynegocjować dla siebie najlepsze warunki.


Czy overbooking to oszustwo? I kto jest oszukanym?

Z perspektywy pokrzywdzonego overbooking wygląda na złośliwość i czyste oszustwo. Pasażerowie nie wpuszczeni na wykupiony lot uważają, że przewoźnik zwyczajnie z nich zadrwił. Jednocześnie wpływa to niekorzystnie na wizerunek przewoźnika, do którego z każdą podobną sytuacją klienci tracą zaufanie.

Każdy podróżny ma przecież indywidualne powody do podróżowania. Niekiedy odroczenie odlotu w żadnym stopniu nie wpływa na cel podróży. Niedoszli pasażerowie mogą otrzymać więcej niż zyskaliby lecąc planowanym lotem. Czasami jednak ważna uroczystość rodzinna czy spotkanie biznesowe determinuje wybraną przez nas datę.

- Wszelkie zakłócenia lotu są z reguły najczęstszą przyczyną frustracji wśród pasażerów. Co poniektórzy, swój gniew i niezadowolenie demonstrują zbyt ekspresyjnie. Taką irytację należy jednak usprawiedliwiać.
Niespodziewana i nieprzewidziana zmiana planów wzbudza poczucie zagrożenia i niepewności – komentuje Marta Melka, psycholog.

– Ponadto zdarzają się osoby, dla których jest to pierwsza podróż tego typu i tak mocno wytrąceni z równowagi zwyczajnie nie wiedzą, jak się zachować. Reagowanie nadmiernie agresywnymi emocjami lub też zupełną bezradnością i płaczem może być nierzadko spotykane w takiej sytuacji – dodaje.

Z drugiej strony, oszukane mogą czuć się linie lotnicze. Pewien odsetek pasażerów pomimo dokonanej z wyprzedzeniem rezerwacji, a nawet odprawy on-line, w ostatniej chwili zmienia zdanie i nie dociera na swój lot.

Przewoźnicy szybko wysunęli wnioski. Bazując na statystykach i analizach zakładają, że pewien procent osób najzwyczajniej nie stawi się na odprawę. Linie lotnicze nie mają w obowiązku zwrócenia równowartości biletu osobie, która swojej rezerwacji nie wykorzystała. Rachunek jest prosty, część osób rezygnuje mimo uiszczenia opłaty za bilet, ich miejsce na skutek praktykowanego overbookingu zajmują pasażerowie nadprogramowi, co w rezultacie gwarantuje liniom lotniczym podwójny zysk.

 

źródło: onet.pl

Zniszczenie, utrata lub uszkodzenie bagażu?

 Zniszczony bagaż w podróży oznacza kłopoty. W takiej sytuacji możesz ubiegać się o odszkodowanie. Jak o nie walczyć, komu przysługuje? Dziś podpowiadamy jak postępować i gdzie się zgłosić w przypadku kłopotów z bagażem.

Podróż samolotem często kończy się uszkodzeniem bagażu. Co można wtedy zrobić? Jak rozwiązać ten problem i do kogo zgłosić się po odszkodowanie?

Odszkodowanie za zniszczony bagaż to dla wielu osób wciąż niezrozumiały temat. Procedura jest dość prosta, jednak warto wiedzieć, że nie zawsze można liczyć na całkowity zwrot kosztów.

Odszkodowanie za zniszczony bagaż – komu i kiedy przysługuje?

Rekompensata przysługuje tym podróżnym, których bagaż uległ zniszczeniu lub został okradziony, w czasie kiedy ten był pod odpowiedzialnością przewoźnika.  Jasno precyzują to zapisy Konwencji Montrealskiej:  Przewoźnik ponosi odpowiedzialność za szkody wynikłe w razie zniszczenia, utraty lub uszkodzenia przyjętego bagażu jedynie pod warunkiem, że wydarzenie które spowodowało zniszczenie, utratę lub uszkodzenie nastąpiło na pokładzie samolotu lub w czasie dowozu w którym przyjęty bagaż był pod opieką przewoźnika (art.17 pkt. 2 ).

Musimy mieć zatem pewność, że szkoda nie powstała np. w drodze na lotnisko. Co do uszkodzeń walizek – linie lotnicze zwykle bezproblemowo przyjmują reklamacje. Jeśli np. walizka została porysowana, pękła czy uszkodzone zostały jej kółka, zwykle przewoźnicy proszą poszkodowanego  pasażera o zakup nowego bagażu i przedstawienie rachunku, na podstawie którego zwracają koszt zakupu.

Schody zaczynają się na kradzieżach. Niewiele osób zdaje sobie sprawę z tego, że bagaż rejestrowany ubezpieczony jest na 1131 SDR (stan na koniec lipca 2013). SDR to Special Drawing Rights – specjalna międzynarodowa jednostka walutowa. Jej kurs zwykle waha się w okolicach 5 tysięcy złotych, zatem maksymalnie możemy uzyskać nieco ponad 5 tyś. zł. Jeśli zawartość bagażu przekracza tę kwotę, warto postarać się o dodatkowe ubezpieczenie we własnym zakresie.

Komu i gdzie złożyć wniosek o odszkodowanie za zniszczony bagaż?

Na zgłoszenie szkody przysługuje 7 dni od daty podróży. Jednak, jeśli uszkodzenia odkryjemy już na lotnisku, warto wypełnić wniosek od razu. To tak zwany PIR (Property Irregularity Report ). Odpowiedni wniosek na naszym lotnisku znajduje się na I piętrze, w biurze Agenta Handlingowego Warto również wykonać telefon do przewoźnika – często oczekują dokumentów także na firmowych drukach i wykonać dokładną dokumentację uszkodzeń w postaci zdjęć. Warto też zachować kartę pokładową, która jest często wymagana do złożenia wraz z wnioskiem o odszkodowanie.

Jeśli reklamacja nie zostanie uwzględniona, warto nie składać broni i walczyć dalej. Kolejne kroki można skierować do Rzecznika Praw Konsumenta lub do Europejskiego Centrum Konsumenckiego.